Akcja
Wisła
Dyskusja nad oceną akcji „Wisła” we współczesnej prasie

Do końca lat osiemdziesiątych wszelkie oceny akcji „Wisła” brzmiały jednakowo: wysiedlenia ludności ukraińskiej były koniecznością,
wynikającą bezpośrednio z morderczych działań band UPA. W dodatku władza polska potraktowała Ukraińców z wyjątkowym humanitaryzmem, przenosząc na tereny bezpieczne i dając w zamian dużo lepsze gospodarstwa i możliwość pokojowej pracy. Dopiero po obaleniu władzy komunistycznej powstała możliwość realnego ocenienia „Wisły”, jak też całego konfliktu polsko-ukraińskiego, w tym też „Wołynia”.

Po raz pierwszy rząd polski wyraził ubolewanie z powodu przeprowadzenia akcji „Wisła” w uchwale Senatu w sierpniu 1990 roku:
(...) W ciągu trzech miesięcy wysiedlono z rodzinnych miejsc około 150 tysięcy osób, pozbawiając je majątku, siedzib i świątyń. Przez wiele lat uniemożliwiano im, a potem utrudniano powroty. Senat Rzeczypospolitej Polskiej potępia akcję „Wisła”, w której zastosowano – właściwą dla systemów totalitarnych – zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Senat Rzeczypospolitej Polskiej dążyć będzie do tego, by naprawione zostały – na ile to możliwe krzywdy powstałe w wyniku tej akcji.” Potem, w pięćdziesięciolecie deportacji Ukraińców, 190 polskich intelektualistów, działaczy kultury i polityki, oświadczyło na łamach „Gazety Wyborczej” i paryskiej „Kultury”: „(...) Akcja Wisła była rezultatem systemu stalinowskiego oraz wyrazem totalitarnej ideologii i polityki. Potępiamy ją jednoznacznie i z całą mocą. Czcimy pamięć jej ofiar, wyrażamy współczucie wszystkim, którzy noszą bolesną pamięć krzywdy swoich rodzin i swojej społeczności oraz wyrażamy nadzieję, że Sejm RP dołoży starań by, na miarę obecnych możliwości, wynagrodzić krzywdy wtedy uczynione.” W maju 1997 roku dochodzi do wspólnej deklaracji prezydentów Polski i Ukrainy. W ogłoszonym w Kijowie oświadczeniu, prezydenci stwierdzają: „(...) Oddzielną dramatyczną kartą w historii naszych stosunków była akcja „Wisła”, uderzająca w ogół społeczności ukraińskiej w Polsce. Przemilczanie lub jednostronne naświetlanie tych wszystkich faktów nie łagodzi bólu pokrzywdzonych i ich bliskich, nie sprzyja pogłębieniu zrozumienia między naszymi narodami. Droga do autentycznej przyjaśni wiedzie przede wszystkim przez prawdę i wzajemne zrozumienie. Uznajemy, że żaden cel nie może stanowić usprawiedliwienia dla zbrodni, przemocy i zastosowania odpowiedzialności zbiorowej. Pamiętamy jednocześnie, że niekiedy śródła tych konfliktów były poza Ukrainą i Polską, że warunkowane były one przez niezależne od Polaków i Ukraińców okoliczności oraz przez niedemokratyczne systemy polityczne narzucone naszym narodom wbrew ich woli. Składamy hołd niewinnym – pomordowanym, poległym i przymusowo przesiedlonym Polakom i Ukraińcom. Potępiamy sprawców tych cierpień. (...)” (1)

Nie ulega wątpliwości, że w świadomości Polaków akcja „Wisła” kojarzy się z czymś wstydliwym, zwłaszcza dla kraju, który tyle wycierpiał podczas wojny i wsławił się bohaterską walką najpierw z okupantem hitlerowskim, potem sowieckim, wreszcie, którego przeszłość jest „kryształowo” czysta. Dlatego obiektywna ocena akcji „Wisła” była i jest niezwykle trudna. Bardzo częstym argumentem, tłumaczącym ówczesne postępowanie władz, jest to, że cała akcja była odpowiedzią na okrutną pacyfikację Wołynia. Pogląd ten, co zrozumiałe, reprezentowany jest głównie przez osoby, które na Wołyniu utraciły kogoś z rodziny lub przyjaciół (co ciekawe, w skład wojsk, które nadzorowały akcję „Wisła” wchodzili głównie żołnierze pochodzący z Wołynia i Galicji, a więc ci, którzy mieli jak najwięcej osobistych pretensji do narodu ukraińskiego). Tego typu poglądy dobrze ilustruje artykuł „Niezrozumiała zapowiedź” Zygmunta Doroby, który ukazał się w kwietniu 2002 roku w Trybunie: „Dlaczego przepraszać (za akcję „Wisła” – J.Z.)? Przecież za tę nieszczęsną akcję biliśmy się już w pierś wielokrotnie. (…) Zgodziliśmy się, że jako dramatyczną kartę w historii naszych stosunków wymieniono tylko akcję „Wisła”. Zgodziliśmy się też na stwierdzenie, że uderzała ona w ogół ukraińskiej społeczności w Polsce, a zupełnie pominęliśmy, że działalność OUN-UPA na Kresach uderzała w ogół tamtejszej społeczności polskiej, której los był nieporównywalnie tragiczniejszy niż los przesiedlonej w Polsce ludności ukraińskiej. Powyższe fakty dobitnie świadczą, że nie ma logicznych podstaw do kolejnej ekspiacji i przepraszania za akcję „Wisła”, zwłaszcza, że z tamtej strony nie było żadnego oficjalnego gestu skruchy.”(2) Ciężko dostrzeć tu ową „logiczność” wywodu, ponieważ fakt przeproszenia za akcję „Wisła” wcale nie implikuje, że Polska strona nie pamięta o zbrodniach przeprowadzonych przez UPA na Wołyniu i w Galicji w 1943 i 1944 roku. Doroba probuje następnie wytłumaczyć postępowanie współczesnych Ukraińców: „… zrozummy ich. Popełnili tak wielkie i okrutne zbrodnie, że nic dziwnego, iż nie kwapią się z zaliczaniem ich do swoich grzechów. Tam gdzie już całkiem wyprzeć się nie mogą, starają się winę symetrycznie rozłożyć na obie strony. Czynią to nawet z naukową powagą. Rześ polskiej ludności nazywają wzajmeną i krwawą czystką etniczną (…).” Niestety autor zapomina o tym, że przez całe lata Polacy nie dostrzegali zbrodni, jakie popełnili na Ukraińcach choćby w czasie wysiedleń, określając je zwykle jako „humanitarne działania”. Przypomnijmy, że operujący w czasie akcji „Wisła” polski sąd wojskowy wydał w sumie ponad 170 wyroków śmierci przez rozstrzelanie, do czego można doliczyć tych, którzy zginęli na skutek tortur i złych warunków panujących w obocie pracy w Jaworznie (3). Doroba uważa, że jedynym skutecznym sposobem poradzenia sobie z ukraińskim podziemiem było usunięcie ludności cywilnej z zagrożonych terenów: „Można ubolewać, że ta operacja wojskowa została połączona z akcją przesiedleńczą. Tak jednak musiało być, ponieważ miejscowa ludność samorzutnie, czy pod wpływem bestalskiego terroru UPA, była jej kadrowym i zaopatrzeniowym zapleczem. W celowość akcji przesiedleńczej mogą powątpiewać tylko ludzie młodzi, niezdolni wczuć się w atmosferę tamtych lat. Choć chyba nietrudno im zrozumieć, że gdyby nie ta akcja, mielibyśmy w Polsce własne Kosowo, a jego ludność – manipulowana przez przywódców – nie byłaby wolna od cierpień. Pojednanie polsko-ukraińskie natrafiłoby na o wiele większe niż dzisiaj przeszkody, jeśli w ogóle mogłoby wchodzić w grę”. Hipoteza, posługując się terminologią Doroby, o „własnym Kosowie” często jest przytaczana przez ludzi, którzy do problemu ukraińskiego podchodzą emocjonalnie i nie starają się dotrzeć do prawdy historycznej. Nie ma póki co żadnego empirycznego potwierdzenia takiej wersji wydarzeń.

Współczesne badania historyczne nie potwierdzają tezy, że jedyną metodą poradzenia sobie z ukraińskim podziemiem była akcja wysiedleńcza. Częściej reprezentowanym stanowiskiem jest przyznanie, że akcja „Wisła” była jednym ze środków do zwiększenia poparcia władzy ludowej wśród obywateli, którzy każdą akcję antyukraińską, tak jak antyniemiecką przyjmowali z uznaniem. Historyk Grzegorz Motyka uważa ponadto, że przeprowadzenie wysiedleń było w gruncie rzeczy niepotrzebne, a problem z ukraińskim podziemiem można było rozwiązać w inny sposób. Taka szansa, zdaniem Motyki, miała miejsce zimą 1946/1947, kiedy to można było rozbić osłabione sotnie UPA metodami militarnymi. Jednak wtedy rząd skierował wszystkie siły, w tym wojskowe, do ochrony sfałszowanych wyborów do sejmu. Sami Ukraińcy przyznali po latach, że takie postępowanie rządu Polskiego było dla nich całkowitym zaskoczeniem. W rozmowie z Pawłem Smoleńskim na łamach „Gazety Wyborczej” Grzegorz Motyka mówi: „Po masowych deportacjach na Ukrainę, które zakończyły się latem 1946 r., ukraińskie podziemie w Polsce znalazło się w pewnym kłopocie. Istnienie wielkich oddziałów partyzanckich przestało mieć większy sens. Dowództwo UPA znakomicie zdawało sobie z tego sprawę, również dlatego, że partyzantka zaczęła powoli tracić poparcie miejscowej ludności. Wysiedlenia do ZSRR oficjalnie się skonczyły, pozostali w Polsce Ukraińcy stali się polskimi obywatelami. Ludność ukraińska uważała więc, że nie ma sensu prowokować Polaków, najgorsze już minęło, przyszedł czas na w miarę spokojne życie. Dowództwo UPA nie mogło jednak rozwiązać oddziałów, na przeszkodzie stały choćby panujące w nich radykalne nastroje wywołane polsko-sowiecką akcją przesiedleńczą. Postanowiono zatem czekać na wielką militarną operację przeciwko ukraińskiej partyzantce. Spodziewano się jej zimą 1946/1947. W momencie rozpoczęcia polskiej akcji zamierzano część oddziałów przerzucić na Zachód, a część – na Ukrainę. Patrząc na sprawę z polskiego punktu widzenia, jest zupełnie oczywiste, że zimą z 1946 na 1947 r. istniała szansa przeprowadzenia antypartyzanckiej, skutecznej akcji wojskowej, bez odwoływania się do etnicznego czyszczenia Polski południowo-wschodniej. Można było całkowicie zniszczyć działające tam oddziały UPA, a przynajmniej wyrzucić je z kraju. Akcja taka, niepoparta wysiedleniami, byłaby z pewnością trudniejsza, ale całkowicie wykonalna i ograniczona do stosunkowo niewielkiego terytorium. Szło bowiem o wąski pas przygraniczny, przede wszystkim o Roztocze, Pogórze Przemyskie, Bieszczady, w znacznie mniejszym stopniu o Beskid Niski, gdzie działała tylko jedna sotnia, która zresztą przyszła z Bieszczad w 1946 r. i z trudem trwała w terenie z powodu niechęci ¸emków. W Beskidzie Niskim poparcie dla UPA było minimalne. Możliwe było zlikwidowanie partyzantki poprzez skierowanie przeciw niej licznych oddziałów WP złożonych z dobrze wyszkolonych żołnierzy, a z drugiej strony – kokietowanie ludności cywilnej, obiecywanie nagrody w zamian za lojalność wobec państwa polskiego. Do takiej operacji nie doszło, gdyż władze komunistyczne uważały, że głównym dla nich zagrożeniem jest PSL Stanisława Mikołajczyka i polskie podziemie niepodległościowe. A UPA? To był problem wyłącznie lokalny iz militarnego punktu widzenia ograniczony, w żadnym razie nie polityczny, nie ogólnokrajowy. Zakładano, że kwestia ukraińskiej partyzantki rozwiąże się sama, w wyniku wysiedlenia Ukraińców. Dlatego zimą 1946/47 trzy czwarte polskich sił wojskowych rozlokowanych w rejonach objętych działaniami UPA skierowano do akcji fałszowania wyników wyborów do Sejmu Ustawodawczego, które odbyły się w styczniu 1947r.” (4)

Błędy popełnione przez stronę polską były skrzętnie ukrywane, łatwo też było w ówczesnych realiach przekonać ludzi, że akcja „Wisła” była konieczna i sprawiedliwa. Przyznać trzeba, że w bardzo szczęśliwym dla komunistów momencie doszło do przypadkowej śmierci gen. Świerczewskiego. Jeszcze łatwiej było bowiem przekazać narodowi, że z ukraińskim podziemiem należy rozpocząć walkę sięgając do ostatecznych środków, jakimi są czystki etniczne (według kryteriów ONZ nazywane zbrodnią przeciwko ludzkości). „…przez dziesięciolecia propaganda PRL starała się wykorzystać okres zwalczania UPA do legitymizowania władzy komunistycznej i robiła to z wielkim powodzeniem. Starano się stworzyć stereotypowy obraz Ukraińca. Dobrym Ukraińcem był tylko komunista, żołnierz sowieckiej partyzantki lub Armii Czerwonej, a także funkcjonariusz NKWD. Złym – każdy, kto myślał o powstaniu niepodległej Ukrainy. (…) Co gorsza, z powodu ograniczeń cenzuralnych przez wiele lat historycy nie mogli rzetelnie badać rzeczywistych zbrodni popełnionych przez UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943-44. To sprawiło, że ludzie tam pokrzywdzeni czuli się jeszcze bardziej poszkodowani. Nie pozwalano nawet badać liczby zabitych tam Polaków, więc powstawały mity o 300-500 tys. polskich ofiar (w rzeczywistości zginęło 80-100 tys.). Jednocześnie mitologizowano okres wysiedleń z lat 1945-47, kiedy to ludność ukraińska cierpiała z powodu prowadzonych deportacji. UPA działającej na ziemiach dzisiejszej Polski przypisywano niepopełnione zbrodnie, w tym celu publikowano nawet sfałszowane śródła historyczne. Jan Gerhard potrafił np. w „¸unach w Bieszczadach” rzeczywisty atak na oddział WOP przedstawić jako masakrę transportu chorych i rannych żołnierzy. Akcję „Wisła” ukazywano jako operację humanitarną – ewakuację ludności cywilnej w obronie przed bandytami. Taka propaganda zapadła w polską świadomość zbiorową. W znacznej części społeczeństwa polskiego obowiązuje negatywny stereotyp Ukraińca – rezuna.” (5).

Łatwo domyślić się, w jaki sposób prowadzona przez lata propaganda komunistyczna przyczyniła się do możliwości współczesnego dialogu między Polską a Ukrainą. Grzegorz Motyka sprzeciwia się także popularnemu wciąż poglądowi, że akcja „Wisła” była odwetem za „Wołyń”. Pogląd ten był wpajany społeczeństwu przez dziesięciolecia panowania komunistów, był on wygodny, bo po części usprawiedliwiał ówczesne działania rządu: „Akcja Wisła była jedynie fragmentem szerszej operacji mającej na celu podporządkowanie Europy środkowej komunistom. Mordy na Wołyniu posłużyły natomiast do jej usprawiedliwienia. Dzięki temu uzyskano dla niej sporą akceptację społeczną. Wołyńskie czerwone noce mogły mieć wpływ na motywacje poszczególnych oficerów i żołnierzy WP, co ewentualnie przejawiało się w ich postępowaniu z ludnością, lecz nie było przyczyną wysiedleń.” (6)

Oddzielnym, poruszanym często przez media tematem jest pytanie, czy akcja „Wisła” była prowadzona na zlecenie Moskwy, czy też była autonomiczną decyzją polskiej władzy ludowej. Historyk Jan Jacek Bruski na łamach tygodnika Wprost mówi: „Część historyków jest przekonana, że władze w Warszawie działały na rozkaz Moskwy, dążącej do ostatecznego skłócenia Polaków i Ukraińców. Zrobiliśmy paskudną robotę, ale pod presją ZSRR – twierdzi prof. Ryszard Torzecki. Ta teza – wygodna, bo odciążająca polskie sumienie – nie została jednak dotychczas udowodniona. Bardziej prawdopodobne jest, że inicjatorami wysiedleń byli polscy komuniści, działający za wiedzą i zgodą Stalina.”(7) Z kolei Grzegorz Motyka uważa, że prawdopodobnie decyzję o wysiedleniach podjęto po sugestach ze strony Moskwy: „Uzależnienie Polski od ZSRR było w tym czasie tak ścisłe, że nie ma mowy, by taka operacja odbywała się bez sowieckiej wiedzy i zgody. Nie wiemy natomiast, czy akcja „Wisła” była polską inicjatywą, czy też z Kremla przyszło polecenie nakazujące deportację. Są historycy, którzy uważają, że za wysiedleniami stała Moskwa, oraz tacy, którzy sądzą, że było to suwerenne postanowienie Biura Politycznego PPR. Moim zdaniem za decyzją polskich komunistów stali Sowiecki – Moskwa była zainteresowana tym, żeby w Polsce nie działała ukraińska partyzantka i podziemie polityczne, by wiadomości o sytuacji w ZSRR nie wydostawały się dalej na Zachód. Jeśli jednak nawet decyzję podjęto na Kremlu, wiele osób z polskiej strony przyjęło ją z zadowoleniem. Antyukraińskie nastroje były wówczas bardzo silne i nie omijały najwyższych władz.” (8)

Wśród wielu artykułów jakie ukazały się w prasie, zwłaszcza ostatnio, z okazji 55 rocznicy akcji „Wisła”, znajdują się też osobiste wspomnienia ludzi, których akcja dotkęła w sposób bezpośredni. Nie znajdziemy tam próby oceny wydarzeń z punktu widzenia prawdy historycznej, lecz przemyślenia i wrażenia, jakie akcja wywołała w sercach i duszach świadków tamtejszych wydarzeń. Często są one jedynym świadectwem skomplikowania ówczesnych dziejów, tak, że nawet świadkowie nie do końca byli w stanie je pojąć. O losach rodziny Katarzyny Utraty, prawnuczki Józefa Michalczuka, Ukraińca, mieszkańca małej wsi Worochta czytamy w Polityce, nr. 17 z 27 kwietnia 2002: „We wsi Worochta wszyscy żyli zgodnie. (…) Ukraińcy i Polacy pomagali sobie, razem się bawili i czasem także wspólnie modlili. Jeśli Polakom nie chciało się iść do kościoła aż do Machnówka, bo ksiądz przyjeżdżał do nich co drugą niedzielę, to szli do cerkwi w Budzeninie. I na odwrót. (…) Ukraińskie dzieci chodziły do szkoły ukraińskiej, polskie – do polskiej. ˚adne nie dokuczało innemu z tego powodu. Nikt nikogo nie pytał, kto jest Ukraińcem, kto Polakiem, a kto ˚ydem. (…) To zaczęło się w 1943 roku. Słyszało się, że na Wołyniu Ukraińcy napadają i mordują Polaków. Ale nawet wtedy , kiedy z Wołynia zaczęli napływać uciekinierzy, Worochta była spokojna. U nich to przecież zupełnie niemożliwe. Co innego na Wołyniu, gdzie stosunki polsko-ukraińskie były napięte. 11 lipca 1943 r. na Wołyniu zaatakowano 167 miejscowości. W lubelskie napłynęła kolejna fala uciekinierów. (…) Stopniowo jednak zaczęto się w Worochcie bać. (…) W dzień było jeszcze spokojnie, ale w nocy strach kładł się na polską część wioski. Lecz to był zaledwie wstęp do tego, co było potem. W lutym 1944 r. rozpoczyna się, jak można przeczytać w dokumentach UPA, masowa akcja polska, wzorowana na tej z Wołynia i prowadzona na terenach, które Ukraińcy uważali za swoje. W marcu 1944 r. w Worochcie zaczął się sądny dzień. Banderowcy plądrowali domy, pomagali im ukraińscy mieszkańcy wioski. (…) Wszystkich Polaków ze wsi, którzy nie zdołali uciec, Ukraińcy zebrali do dwóch domów na przeciwległych końcach wsi. Mężczyzn zabrano do folwarku i kazano im wykopać dwa doły. Potem spędzono wszystkich nad te doły i rozstrzelano. Tych, których nie zabito, dobijano drągami. (…). 27 lipca 1944 podpisano polsko-radzieckie porozumienie w sprawie przebiegu granicy, a w trzy miesiące póśniej – o ewakuacji Ukraińców z pogranicza do ZSRR. Zaczęły się wywózki. Wywieziono również prapradziadka Józefa Michalczuka z synami. Bo był Ukraińcem. (…) Wysiedlena Ukraińców przeprowadzone w ramach akcji Wisła były – twierdzi babcia Magdalena (babcia Katarzyny Utraty – J.Z.) – bardzo okrutne. Wywożono ich wczesną wiosną i trzymano kilka miesięcy na łąkach przed dworcem. Mieszkali w zbudowanych przez siebie szałasach z gałęzi, ceraty i szmat – starzy, chorzy, dzieci, wszyscy razem. Do domu mieli niedaleko, lecz nie pozwolono im tam wrócić, żeby czekać na wysiedlenie w ludzkich warunkach.” (9) Okrucieństwo wysiedleń tak opisuje Jan Jacek Bruski: „Wysiedlanym w ramach akcji „Wisła” pozostawiono z reguły od 2 do 5 godzin na spakowanie najpotrzebniejszych sprzętów i żywności. Ludzie wędrowali pod eskortą wojska najpierw do tzw. punktów zbornych, a póśniej na stacje PKP, gdzie formowano transporty, wysyłane do punktów tranzytowych w Oświęcimiu bądś w Lublinie. Na każdym etapie funkcjonariusze bezpieczeństwa selekcjonowali przesiedleńców. Oskarżonych o współpracę z UPA oddawano w ręce sądu wojskowego. Pozostałych podejrzanych – przede wszystkim ukraińską inteligencję – wysyłano do obozu koncentracyjnego w Jaworznie. W skutek tortur, niedożwienia i chorób zmarło tam ponad 160 osób. Znacznie trudniej niż ludność wiejską było wysiedlić Ukraińców zamieszkałych w miastach. W Krakowie poradzono sobie z tym, organizując kocioł w cerkwi greckokatolickiej św. Norberta. Gdy w niedzielny poranek parafianie wchodzili do kościoła, czekali już na nich funkcjonariusze UB. Za drzwiami kneblowali usta wchodzącym, wiązali ich i kładli skrępowanych na podłodze. Póśniej spokojnie czekali na następnych wiernych.
Wysiedlonych w ramach akcji „Wisła” zaopatrywano w kolorowe kary przesiedleńcze, by odróżnić ich od osadników polskich. Obowiązywały ich różnego rodzaju ograniczenia, na przykład zakaz opuszczania miejsca pobytu bez zgody Urzędu Bezpieczeństwa. Aż do 1949 roku nie wydawano im też dokumentów tożsamości. Ukraińcy i ¸emkowie byli ostatnią dużą grupą osadników na ziemiach odzyskanych. W efekcie trafiły im się gospodarstwa najbardziej zdewastowane, a dla części osób w ogóle zabrakło ziemi. Część przesiedleńców – mimo kategorycznych zakazów – decydowała się na powrót do domu. Spod Olsztyna czy Legnicy wracano w ojczyste strony furmankami, a nawet pieszo. Kończyło się to najczęściej ponowną deportacją.” (10) Grzegorz Motyka dodaje jeszcze, że wysiedlenia nie były końcem represji, jakie dotykały ludność ukraińską w Polsce: „Był to początek ogromnej policyjnej operacji poddania polskich Ukraińców totalnej kontroli. Z jednej strony Ukraińcy mieli zostać spolonizowani, na ziemiach odzyskanych nie wolno im było kultywować rodzimej kultury, uczestnictwo w greckokatolickich mszach czy przekazywanie historii Ukrainy uważano za działalność nacjonalistyczną. Z drugiej – jako element niepewny – mieli być totalnie zinfiltrowani. Taka kontrola, wedle ostatnio ujawnionych dokumentów, trwała do 1989 r.; wiele osób zmuszano do współpracy z UB i SB, do pisania raportów, donoszenia na sąsiadów. Zdaniem wrocławskiego historyka Tomasza Balbusa tylko do końca czewrca 1947 r. wśród wysiedleńców z akcji „Wisła” UB pozyskało 852 informatorów.” (11)

Osobnym problemem poruszanym dziś na łamach prasy jest stosunek Polaków do potomków wysiedlonych Ukraińców, zwłaszcza w miejscach, do których w 1947 roku przewieziono ich najwięcej i gdzie mniejszość ukraińska jest bardzo silna. Czy wciąż jeszcze istnieje poczucie krzywdy po obu stronach? Czy po tylu latach ludność ma w pamięci tamte wydarzenia? Głos w tej sprawie zabiera ks. biskup Marian Gołębiewski, ordynariusz diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, jednego z największych w Polsce skupisk grekokatolików. W rozmowie z Pawłem Smoleńskim i Janem Turnau na łamach Gazety Wyborczej tak odpowiada na pytanie, czy wysiedleni Ukraińcy wciąż odczuwają tamtą krzywdę: „(…) Przez lata, z bardzo wielu powodów, głos ukraiński był w ogóle niesłyszalny. Szczęśliwie czas robi swoje. Wiele ran, jeszcze niedawno otwartych, po polskiej i ukraińskiej stronie, udało się już zabliśnić. Nie lekceważę ukraińskiej krzwywdy, lecz gdy pytam, czy po tylu latach wróciliby w strony ojczyste, w Bieszczady, w Beskidy, na Pogórze Przemyskie, znaczna część odpowiada, że nie. Dziś tutaj jest ich ojczyzna, zwłaszcza dla młodego pokolenia, tu mają domy, pracę, zdobyli jakieś urzędy, tworzą wspólnotę, są solidarni, dobrze zorganizowani, obecni w samorządach. (…) Choć dziś grekokatolicy należą do swoich struktur parafialnych, to jednak przyjmują łacińskich duchownych, np. po kolędzie. [Mówią:] Skoro łacińskich księży przyjmowaliśmy przez lata, nie ma powodu, żeby się od nich odwracać.”(12) Stanowisko biksupa Gołębiewskiego, charakterystyczne dla większości duchowieństwa w Polsce, opiera się na chęci pojednania i wzajemnego przebaczenia po obu stronach. Ale stwierdza przy okazji, że dialog taki wymaga wyrzeczeń i zrozumienia po obu stronach: „Nie chcę interpretować akcji „Wisła”. Trzeba by wyjaśnić skomplikowany historyczny i polityczny kontekst tamtych czasów. Każde przesiedlenie czynione wbrew woli przesiedlanego jest złem. Zło wymaga prośby o przebaczenie. Czekam na spektakularny, piękny i mądry gest. Przebaczyć i prosić o przebaczenie to chcrześcijańska powinność i obowiązek. Ale wiem, że takie gesty wszystkiego nie załatwią. Potrzebna jest praca nad odbrązawianiem historii, stopniowa, odcinek po odcinku. To kosztuje, Polacy i Ukraińcy muszą mieć świadomość, że będzie to bolesne, będzie nas wszystkich dużo kosztować, ale prawdę trzeba powiedzieć, choćby potem przyszło nam to ciężko odchorować. (…) Chciałbym rzetelnych badań historycznych, rzetelnych publikacji w mediach, a potem prawdziwej refleksji. Powszechnej – intelektualnej i duchowej. (…) W relacjach polsko-ukraińskich trzeba postępować podobnie, jak w sprawach niemieckich. Chciałbym, by Polacy jeśdzili na Ukrainę. By Ukraińcy przyjeżdżali do nas. Byśmy rozmawiali ze sobą, spotykali się, przyjaśnili. I ani się obejrzymy, jak zobaczymy, że nie jesteśmy dla siebie tacy straszni, że stereotypy mijają się z prawdą. (…) Treść apelu o przebaczenie i pojednanie musi być mądra, wyważona, trzeba właściwie rozłożyć akcenty. Chciałbym również, żeby przebaczenie było wzajemne, bo tylko takie daje dobrą postawę na przyszłość." (13)


Przypisy:

1. Cytaty za: Akcja Wisła, artykuł w serwisie internetowym ŁekmoUnion (http://www.lemkounion.republika.pl).
2. Zygmunt Doroba, Niezrozumiała zapowiedś, Trybuna, 12 kwietnia 2002
3. G. Motyka, Tak było w Bieszczadach, s. 412
4. Nic, tylko wstyd, rozmowa Grzegorza Motyki z Pawłem Smoleńskim z okazji 55 rocznicy akcji „Wisła”, Gazeta Wyborcza, 27-28 kwietnia 2002, s. 7-9
5. tamże
6. G. Motyka, Co ma „Wisła” do Wołynia, Gazeta Wyborcza, 29.03.2001
7. Jan Jacek Bruski, Wypędzeni, tygodnik Wprost, 28 kwietnia 2002
8. G. Motyka, Nic, tylko wstyd, op. cit.
9. Barbara Pietkiewicz, Mam już swoje drzewo, tygodnik Polityka, nr 17, 27 kwietnia 2002, s. 76-78
10. Jan Jacek Bruski, op. cit.
11. Grzegorz Motyka, Nic, tylko wstyd, op. cit.
12. Rozmowa biskupa Mariana Gołębiewskiego z Pawłem Smoleńskim i Janem Turnau, Odmrożone rany, Gazeta Wyborcza, 13-14.04.2002, s. 22
13. tamże