Akcja
Wisła

wstęp
1
2
3
4
5
6
zakończenie
...

Zakończenie

W wyniku przeprowadzenia akcji „Wisła” ukraińskie podziemie zbrojne w Polsce przestało właściwie istnieć. W lasach zostały jedynie niedobitki sotni, kilkuosobowe grupy, których jedynym celem była walka o przetrwanie. Ich istnienie było jednak wciąż kulą u nogi władzy ludowej, co potwierdzają słowa gen. Mossora: „Należy stwierdzić, że na wszystkich terenach poukraińskich pozostały drobne odpryski band oraz kuszcze i grupki SB. Te oddziałki bandyckie, liczące po 2-6 bandytów mogą jeszcze narobić dużo szkody i muszą być w ciągu bieżącego roku wytępione do nogi”.1 Nie udało się natomiast rozbić siatki cywilnej OUN, która przetrwała, choć była w bardzo ciężkim położeniu. Sporo członków OUN zostało aresztowanych, nie działała sprawnie łączność. Mimo to działacze postanowili nadal rozwijać swoją aktywność na terenie Polski, która miała się teraz stać łącznikiem między Zachodem a radziecką Ukrainą. Usiłowano też odtworzyć siatkę OUN wśród wysiedleńców na Ziemiach Odzyskanych. Dużą przeszkodą w działalności ukraińskiego podziemia był chaos, jaki zapanował po zakończeniu akcji „Wisła”. Błąkający się po lasach członkowie sotni nie zawsze chcieli być ponownie mobilizowani, często woleli działać na własną rękę. Niektórzy przywódcy rezygnowali z walki i próbowali na własną rękę przedostać się na Zachód, albo ukryć się wśród miejscowej ludności. Walki zbrojnej w zasadzie zaniechano, zdarzały się tylko nieliczne wypadki ostrzelania posterunków milicji lub siedzib lokalnej władzy2.

Stan bezpieczeństwa wymagał jednak ciągłej obecności wojsk. W pierwszej połowie sierpnia 1947 r. na teren wschodniej Lubelszczyzny powróciły z ZSRR dwa zbrojne oddziały UPA. Dokonały one kilku napadów na jednostki WP, w wyniku których poległo 31 żołnierzy3. Zagrożenie było na tyle duże, że władza zdecydowała się powołać specjalną grupę operacyjną „Hrubieszów”, mającą za zadanie wytępić resztki UPA w województwie. Wojsku pomagały zbrojne oddziały KBW4.

Główną czynnością KBW i WP było przeczesywanie lasów, poszukiwaniu bunkrów i likwidowanie pozostałych członków UPA. Kilka takich akcji zakonczyło się sukcesem. Najgłośniesza z nich miała miejsce 17 września 1947 r., kiedy zginął krajowy prowidnyk OUN „Stiah”. Tego dnia, po długim oblężeniu kompleksu leśnego w okolicach wsi Monastyr, udało się zlokalizować i zniszczyć bunkier, w którym przebywał „Stiah” wraz z ochroną. Stojący na czele OUN w Polsce popełnił samobójstwo, odśpiewawszy wcześniej hymn ukraiński5. Jego śmierć oznaczała w praktyce koniec istnienia podziemia ukraińskiego w Polsce.

Po tym wydarzeniu działania KBW skoncentrowały się na wyłapaniu ostatnich działaczy OUN, którzy ostali się głównie na Rzeszowszczyznie, gdzie starali się odbudować strukturę organizacyjną. Przez zimę 1947/48 nie udało się jednak odnieść większych sukcesów, dopiero w kwietniu, dzięki zorganizowaniu szeregu zasadzek, aresztowano lub zabito kilku znaczących działaczy. Pozostali przenieśli się na Ukrainę, albo przedostali się na Zachód. Kilka zorganizowanych grup działało jeszcze do końca 1948 roku na Lubelszczyznie. Miały one zająć się przerzucaniem „swoich” ludzi na Zachód, lecz w praktyce koncentrowały się na walce o przetrwanie.

Pod koniec 1948 r. „Zenon”, jeden z przywódców Służby Bezpieczeństwa OUN, nawiązał współpracę z UB. Fakt ten w sposób niezykle przebiegły wykorzystały władze Polski i ZSRR. Umożliwono „Zenonowi”, dając mu fałszywe dokumenty, spotkania z działającymi na terenie Polski przywódcami OUN. Występował on w roli „posłańca”, wracającego z Czechosłowacji z misją zorganizowania na terenie Polski siatki szpiegowskiej, która miała kontaktować się z przedstawicielstwem OUN w Monachium. Dzięki temu władze zapewniły sobie możliwość kontrolowania przepływu informacji między ukraińskim ruchem niepodległościowym w Polsce i ZSRR, a Zachodem. „Zenonowi” udało się zoranizować siatkę organizacyjną, zdobył też zaufanie Monachium, dokąd regularnie wysyłał raporty o postępach swoich prac, dostając w zamian dokładne dane o działalności szpiegowskiej. Dane te przekazywał potem oficerom Bezpieczeństwa. W 1950 r. „Zenon” otrzymał od samego Stefana Bandery nominację na Krajowego Prowindyka. Nieszczęśliwie dla niego i dla organizatorów całej akcji, wśród najbliższych współpracowników Prowindyka znajdował się niejaki Zbigniew Kamiński „Don”. Od początku podjerzewał on „Zenona”, a gdy w końcu postanowił bliżej przyjrzeć się kim naprawdę jest ów przywódca, UB postanowiło zakończyć całą akcję. Wszystkich członków zorganizowanej przez „Zenona” siatki aresztowano, a on sam zainscenizował swoje samobójstwo. W wyniku tej akcji, ochrzczonej kryptonimem S-1, udało się zniszczyć całkowicie kontakt między Ukrainą a Zachodem.6

Jeżeli chodzi o ludność ukraińską przesiedloną na Ziemie Odzyskane, to od samego początku objęta była ona szczegółowym dozorem służb bezpieczeństwa. Wysiedlonym nie pozwalano na używanie ojczystego języka, nie wolno im było opuszczać miejsc zamieszkania bez zgody UB, nie pozwalano na kultywowanie tradycji i odprawianie nabożeństw grekokatolickiech. Wielu Ukraińców składało podania o możliwość powrotu do domu, w celu zebrania żniw – podania te spotykały się oczywiście z odmową. W 1949 roku weszła w życie ustawa o nacjonalizacji dóbr pozostawionych przez rodziny wysiedlone, wcześniej, w 1947, to samo uczyniono z majątkiem osób wysiedlonych do ZSRR7. Ludność, choćby mogła, nie miała już dokąd wracać. Część rygorów zniesiono po roku 1957, zezwolono na posługiwanie się językiem ukraińskim, a nawet jego naukę w szkołach. W pewnym stopniu pozwolono też na kultywowanie tradycji, w tym odprawianie grekokatolickich nabożeństw. Piotr Hojniak, wysiedlony do wsi Pawlinki we wrocławskiem, wspomina: „Przez dziesięć lat nie mieliśmy żadnego naszego nabożeństwa. Dopiero w 1957 roku ksiądz Włodzimierz Hajdukiewicz odprawił mszę w grekokatolickim obrządku w kościele (obecnie katedralnym diecezji rzymskokatolickiej) św. Piotra i Pawła w Legnicy. Straszna masa ludzi się zeszła. Jak ta pierwsza msza się rozpoczęła, nie było w kościele nikogo, kto by nie płakał. Służba Boża odprawiała się najpierw raz na miesiąc w Legnicy. Z czasem bywała coraz bliżej i coraz częściej.”8 Po 1957 r. umożliwiono też niektórym rodzinom powrót na ojcowiznę, zwracając zagrabioną ziemię lub dając inną w rekompensacie. Dla tych, którzy zostali na nowych miejscach, władza przygotowala akty nadania mienia, choć nie wszyscy z początku chcieli je odbierać: „Nasi ludzie długo się opierali, nie chcieli brać nadań, traktowali to jako wyrażenie zgody na to, co z nami zrobiono, jako zdradę ojcowizny. Ciągle liczyliśmy na to, że będzie można powrócić do siebie. Władza zresztą, jak widać, nie śpieszyła się specjalnie z aktami własności. Przez jedenaście lat jakby traktowała nasze osiedlenie równie tymczasowo, jak my”9 – wspomina Hojniak.

W roku 1989 przestały istnieć jakiekolwiek sankcje obarczające mniejszości narodowe w Polsce. Wysiedleni w czasie akcji „Wisła” mogli wrócić na ojczyste ziemie, o ile mieli jeszcze dość siły, aby podejmować trud przeprowadzki. W czerwcu 2000 roku Stefan Hladyk, Łemko, wnuk wysiedlonej w 1947 roku Marii Hładyk, jako pierwszy uzyskał na drodze sądowej częściowy zwrot zagrabionego wówczas majątku dziadków. „To orzeczenie jest pilotażowe i pokazuje innym drogę” – mówi Hładyk na łamach Rzeczpospolitej10. Z drugiej strony jego przypadek pokazuje, jak trudna jest droga do odzyskania tego, co państwo zagrabiło w ramach akcji „Wisła” i wcześniejszych wysiedleń. Las, o który zwrot starał się Hładyk, był we władaniu nadleśnictwa, które bardzo niechętnie pozbywało się swojego majątku. Według autora artykułu w Rzeczpospolitej, zwrotu nieruchomości może domagać się kolejnych pięć tysięcy rodzin łemkowskich.

Dziś, pomimo wszelkich zmian, jakie zaszły w naszym kraju w ciągu ostatnich lat, tereny, z których wysiedlono rdzenną ludność ukraińską, należą wciąż do najsłabiej zaludnionych. Szczególnie widać to w Bieszczadach, gdzie czasem trudno dostrzeć pozostałości po nieistniejących już wsiach, wysiedlonych i spalonych. Na terenach tych nieodwracalnie została zniszczona rdzenna kultura i niepowtarzalna społeczność, która zamieszkiwała te tereny od wieków. W stosunkach polsko-ukraińskich pozostała głęboka zadra, która nieprędko zniknie, zwłaszcza, że po obu stronach wciąż pojawiają się oskarżycielskie głosy. Jakkolwiek by oceniać akcję „Wisła” oraz poprzedzające je wydarzenia, stwierdzić trzeba, że zniszczenia, które spowodowała, zarówno w sferze materialnej jak i społecznej, były i są ogromne.

1 Fragment rozkazu operacyjnego Sztabu GO „Wisła” z dn. 22.07.1947, za: E. Misiło, op. cit., s. 349

2 G. Motyka, op. cit., s. 453

3 A. B. Szcześniak, W. Z. Szota, op. cit., s. 466

4 G. Motyka, op. cit., s. 454, A. B. Szcześniak, W. Z. Szota, op. cit., s. 466

5 G. Motyka, op. cit., s. 456-458

6 tamże, s. 467-476

7 E. Misiło, op. cit., s. 396

8 Andrzej Kaczyński, U nas tu, u nas tam…

9 tamże

10 Józef Matusz, Trudne powroty na ojcowiznę, Rzeczpospolita, nr 96 (24.04.2002)